Depresja – masz wrażenie, że już nigdy nie będzie dobrze…

Gdy w świecie wypełnionym wyidealizowanymi pozami, ugładzonymi opowieściami i sztucznością dominuje tylko to, co ładne i ciekawe, ja dzisiaj chcę opowiedzieć o tym, co trudne, bolesne i zaborcze. Ten tekst chodził za mną już od kilku miesięcy i wreszcie czuję, że to odpowiedni moment, by zacząć pisać. Kilka lat temu borykałam się z paskudną depresją. Mam wrażenie, że ta choroba nadal jest troszkę zamiatana pod dywan. Przecież on “wydziwia”, o co “jej chodzi”, “za dużo by chciała” itd…

Porozmawiajmy o tym, z czym każdego dnia borykają się rzesze osób, bez względu na wiek, zasobność portfela czy szerokość geograficzną.

Nie wiedziałam, że mam depresję

To trochę tak, jak byśmy chodzili ze spuchniętą nogą i po kilku dniach zaskoczeni odkryli, że tak właściwie to ona jest skręcona w kostce i powinniśmy trochę zwolnić. Niby nas bolało, ale nie do końca rozumieliśmy, w czym rzecz. Gdy ja wpadłam w depresję, byłam młodziutka. Miałam coś koło 16 lat i nie umiałam jeszcze tego zdiagnozować. Dopiero po kilku latach, z perspektywy dorosłej kobiety i osoby, która głębiej weszła w ten temat zrozumiałam, w czym rzecz. I jestem ogromnie wdzięczna, że z tego wyszłam, bo wiem, jak to wszystko mogło się skończyć. Pamiętam swoje myśli.

Wszystko nadeszło niespodziewanie i nie stało się z dnia na dzień. Zaczęłam jednak dostrzegać pewne rzeczy, które się zmieniły. Potrafiłam przez kilka godzin wpatrywać się przed siebie, zatapiać w myślach i marzyć tylko o tym, by nic nie musieć, nie czuć, nie być. Najgorsze były poranki i świadomość, że przede mną kolejny dzień, który jakoś będę musiała przetrwać. Minutami mobilizowałam się, by włączyć autopilota i działać, nie będąc w środku tego działania. Nie miałam energii, nie miałam chęci, a nade wszystko nie miałam siły, by zrobić cokolwiek poza taplaniem się we własnym emocjonalnym bagnie.

Już nigdy nie będzie dobrze

Ponad rok temu oglądałam filmiki Małgosi Mostowskiej i na jednym z nich joginka dzieliła się własną historią walki z depresją. Najbardziej uderzyło mnie to, że szłyśmy podobnym schematem, choć dzieliło nas wtedy dobrych kilka lat różnicy. Kobieta wspominała, że najgorsze było uczucie, że już nigdy nie będzie dobrze. Tak bardzo ją rozumiem! To właśnie to przeświadczenie dobijało mnie coraz bardziej. To takie przekonanie, że właściwie już nigdy nie poczuję się dobrze – nie będę zadowolona, tak szczerze radosna, beztroska, spokojna, pogodzona z samą sobą. Wyobraź sobie, że jesteś po brzegi zanurzony w smutku i jesteś przekonany, że ten słoik jest bezpowrotnie zakręcony. Tutaj już nie ma drogi ucieczki.

Niewiele pamiętam

Po siedmiu latach, gdy sięgam pamięcią do ciągnących się w nieskończoność miesięcy wszystko zlewa mi się w jedną, przeraźliwą całość. Moja depresja trwała ponad rok i doskonale pamiętam, jak się wtedy czułam i co we mnie siedziało. A jednocześnie wiem, że odgrodziłam tamte wydarzenia grubą krechą. Ja już to przerobiłam w sobie, zrozumiałam i zaakceptowałam. Wiem, dlaczego czułam się tak, jak się czułam i skąd było we mnie tyle bólu. A jednocześnie czasami spotykam osoby, które wtedy poznałam lub się z nimi spotykałam i spoglądam na nie zadziwiona. Mój umysł zrobił coś dziwnego, czego nie pojmuję. Ja tych ludzi po prostu nie pamiętam, nie kojarzę naszych dyskusji, co robiliśmy, gdzie byliśmy. Dopiero widząc ich twarze przychodzi do mnie zaskoczenie, że halo, przecież my kiedyś byliśmy bliżej, a teraz nic, nawet cię nie pamiętam. W mojej głowie pojawiła się całkowita separacja wobec tego, co było trudne, a po latach nawet nie wiem, o czym można by rozmawiać, skoro tak bardzo się zmieniliśmy. Przynajmniej ja.

Każdy ci dowala

To też było paskudne, więc piszę ku przestrodze, by nie rzucać wyświechtanych porad osobom, które zmagają się z samym sobą. Już dobrych kilka miesięcy temu widziałam kampanię reklamową, która miała zaszokować niezbyt miłymi poradami wobec osób chorujących na raka. A na koniec raka zamieniona na depresję, pokazując, że tutaj już nie mamy takich hamulców. Niestety.

Przede wszystkim nie mów osobie w dole, że wygląda jak kupa nieszczęścia, jest nudna, nic nie robi, wzięłaby się w końcu za siebie i ogarnęła. Nie wypominaj jej, że ostatnio nie zrobiła nic pożytecznego poza siedzeniem i gapieniem się w sufit lub oglądaniem filmów. Nie rób kazań, że nie podoba ci się jej zachowanie i jesteś zawiedziony. Nie bądź gnojem, po prostu. Ja wiem, że osoba w depresji zachowuje się dziwnie i często może to być dla nas nieracjonalne i kompletnie niezrozumiałe. Tutaj jednak nie chodzi o to, by zrozumieć, bo tego się nie da pojąć. Ja sama patrząc wstecz z przerażeniem myślę, jak takie myśli mogą się rodzić w człowieku. Depresja nie jest to zrozumienia, bo jest wstrętna. Ale powinna być leczona.

Każda, nawet najmniejsza uwaga ze strony innych ludzi może być traktowana jako atak. Osoby w dołku są rozedrgane emocjonalnie, przypominają żywą, rozgrzebaną i poranioną tkankę. I często na zewnątrz mogą przyjmować przeróżne maski, a im bardziej ktoś zwraca na to uwagę, tym bardziej mogą być zamknięte, wulgarne.

Wyciągnij rękę

Gdy patrzę na Olę sprzed siedmiu lat przede wszystkim czuję żal, że nie wiedziałam tego, co wiem teraz. Ogarnia mnie fala współczucia, że musiała się tygodniami babrać, nie widząc dla siebie nic dobrego. Przede wszystkim żałuję, że nie było wokół mnie mądrego człowieka, który by wiedział, co się dzieje i zaprowadził do dobrego psychologa. Przykro mi, że musiałam sama się z tym uporać, choć z drugiej strony podziwiam się za to, że jakimś cudem się wygrzebałam, bo to nie lada wyzwanie. Jednak wsparcie osoby doświadczonej w tym zakresie byłoby bezcenne. Dobry psycholog umiałby mnie zrozumieć, wytłumaczyć, co się dzieje i pokazać, jak krok po kroku walczyć o siebie.

Może dlatego z taką uwagą staram się słuchać młodych ludzi i próbować z nimi rozmawiać. Wiem, że czasem jedna dyskusja może być bodźcem do tego, żeby trochę się nam ulało. A w końcu dostrzeżenie problemu to już jakiś sukces.

I co dalej?

Nie piszę tego po to, żeby było ci przykro i żebyś mnie żałował. Bynajmniej. Piszę po to, by zwrócić uwagę na pewien problem, który wciąż nie do końca jest rozumiany i akceptowalny społecznie. Osobę ze złamanym biodrem odwiedzamy w szpitalu i dopingujemy podczas powrotu do zdrowia. A jednocześnie stygmatyzujemy depresję i nie wiemy, jak pomóc takiej osobie, więc często się odsuwamy. A to paskudny błąd.

Jeśli doczytałeś do końca ten tekst, to jest mi bardzo miło. Mam nadzieję, że wyciągniesz z niego to, na czym najbardziej mi zależało podczas pisania: delikatność wobec innych, którzy wokół Ciebie chorują. Musimy o tym mówić, by uświadamiać ludzi. Ja dzisiaj czuję się spełniona. Jestem szczęśliwą kobietą. Mam własną firmę, pasje, cele. Założyłam swoją rodzinę, przygarnęłam kota, kupiłam mieszkanie. Nie oczekuję więc aprobaty ani poklepywania po pleckach. Oczekuję, że wszyscy będziemy życzliwsi wobec tych, którzy chwilowo są w rozsypce.

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *